Bản Tin Liên Hội Nhân Quyền Việt Nam ở Thụy Sĩ

Hát với Solidarność (1)

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Śpiewać z SOLIDARNOŚCIĄ

Jestem pokornym wietnamskim człowiekiem łodzi
Wraz z moimi polskimi braćmi i siostrami, ludem umęczonym
Wraz z Popiełuszką i Solidarnością
Podnoszę mój głos tej nocy Bożego Narodzenia
Gdy narodził się Chrystus
By głosić Godność człowieka,
Nadzieję, Wiosnę.

O Polsko ! Polsko ! Moja Polsko niepoddana !
Jakie uczucia ogrzewają więc moje serce !
Przeżyliśmy, zniknęliśmy
Na życie i śmierć, zjednoczeni
na polu bitwy
w celach więzień
w obozach zagłady
Odosobnieni w gułagach
Wygnani na sam kraniec dzikich wysepek.
Na pozostałościach grobów sześciu milionów niewinnych
Wschodzą oto niezliczone zielone kiełki
I oto unoszą się ku królestwu pokoju
Rozległe skrzydła Nadziei …
Rowy niesprawiedliwości zostały zasypane ziemią naniesioną przez rzekę
Płomienie lęku wygasły pod deszczem opatrzności
Ogród serca będzie odtąd uprawiany i utrzymywany przez oddane ręce
Natchnione nadzieją i ludzkością
Każdy z nas patrzy na drugiego, a twarz ma rozpromienioną
Chce móc współczuć bliźniemu
I opłakiwać ludzkość.
W braterstwie, okazujemy poprzez śpiewy, tańce, stan naszych dusz
Razem, domagamy się dla samych siebie, życia uczciwego i szczerego 
Po blisko trzydziestu latach ucisku i cierpień
Nasz żywot stada zwierząt, poddanych despotycznym rządom
Nie ma przyszłości.
By przyjąć naszą Wolność, nie możemy żebrać
Kto zerwał owoc szczęścia, którego krzew sadziliśmy?
To tutaj jest nasza ziemia ojczysta
Jakim prawem Związek Radziecki nałożył na nią swoje wszechwładztwo?
Dla kogo musimy zbierać złotą pszenicę z tych pól?
Na korzyść którego państwa wprawiamy w ruch maszyny?
Wagony zalane są łzami, potem robotników.
Podczas paraliżującej zimy
Nie wystarcza nam węgla, byśmy się ogrzali
Nasze małżonki, cierpiące, chowają swe troski w ciszy
Nasze dzieci, wychudzone, usychają z niedożywienia
Mleko, ziemniaki – to lekarstwa, których im brak.
Syte przyjemności.
Partia i jej kasta poddanych zbierają się, by rozmawiać o niczym
Oddając się, lekceważąc nędzę ludu,
Radowaniu z wystawnych uczt królewskich.
Rodzice uczą nas dzielenia się i ochrony słabszego
Ofiary niesprawiedliwości
Partia głosi wysoko i donośnie
Nienawiść, zemstę, krwawą walkę klas
Tamy zrywają serca ludu
Fale wirują gniewem

Od tego dnia … od tego buntu Poznania
Mimo ich Sił Powietrznych
Ich ciężkich dział, ich broni nuklearnej,
Ich dywizji czołgów, pojazdów pancernych
Nic nie jest w stanie zmienić ich obsesyjnych koszmarów.
Nigdy nie zdołają zasnąć w pokoju
Zmasakrowali naszych braci w Berlinie, w Budapeszcie
W Pradze, wiosną; w Huê, Têt Mâu Thân,
W Wientianie, w Phnom Penh, w Kabulu
Duchownych, intelektualistów, chłopów, pracowników, studentów,
Nie oszczędzili żadnego z nich.
Karmią się złudzeniami
Wierząc, zdołają zatopić nasz lud w głębi otchłani
Ogłupić nas, przerazić, upokorzyć
Żaden nacisk nie może więc zachwiać wiary Polski
Gdyż po powstaniu w Poznaniu
Nastąpiły Gdańsk, Kraków, Katowice
Solidarność, z dziesięcioma milionami zjednoczonych robotników
Jak cztery wiatry z gór i  lasów
Jak ogromne fale oceanów
Jak galaktyki niebios.
Serca naszych braci z pięciu kontynentów Ziemi
Biją w tym samym rytmie co śpiewy
Które wznoszą się, w dzień i w nocy, z kopalni, z pokładów,
Z fabryk, z placów budowy, z portów, z  dzielnic miasta,
I rozbrzmiewają na dworcowych peronach,
W redakcjach gazet, na uniwersytetach, w kościołach.
Młody milicjancie na nocnym patrolu, nie słyszysz ich?
Obowiązku odkrycia prawdziwego oblicza imperializmu
Widmo piekieł które miażdży pączki róż
Który tłumi różańce naszych czystych śmiechów
O nasza Wolności! Nasza Niezależności! Nasza Nadziejo !

Czarny kwiecień 1975
Zepchnięte w ruinę
Sajgon i Południowy Wietnam, moja ojczyzna
Są skazane na śmierć
Człowiek łodzi nie zginął na pełnym morzu, jaki cud powrócił mnie do życia?
Przybywam spotkać się z uwięzionymi braćmi w piórze
Od Hanoi do Pekinu. Od Pyongyang do Lhasy.
Od Belgradu do Sofii. Z Hawany do Bukaresztu.
Zmierzam ku Granadzie, do grobu Frederica Garcii Lorca
Do Santiago, zgromadzić cześć pamięci Pabla Nerudy
Do Terezina, pielgrzymując do miejsca deportacji Roberta Desnos.
Idę ku Paryżowi Wiktora Hugo i Paula Eluarda
Idę ku Nowemu Jorkowi, gdzie bogini Wolności
Wytrwała strażniczka, mimo burz, trzyma nieugięcie
Płomień wiary, uniesiony wysoko jej silnym ramieniem
Moi bracia, moje siostry, moi przyjaciele
Pragnę nigdy nie odmawiać waszemu wołaniu
Mógłbym mieć zaszczyt być echem waszych głosów.
O Polsko! Polsko! Moja Polsko niepoddana
Z największej głębi twoich nieszczęść, wierzę w twoje nieskończone męstwo
Wizerunkiem zamordowanych, zaginionych, naszych nieznanych obrońców
Moja pamięć, o czasie, oświetla się
Daje mi siły do życia, tysiące lat historii
Dają mi spokój, by stworzyć niegodny ich wiersz.
Wy, którzy więc nie ośmieliliście się bronić ludzkich uczuć
Podejdźcie ! Podejdźcie jak najbliżej !
Ujrzyjcie prawdę dnia dzisiejszego
Nie milczcie, nie odwracajcie pleców,
Nie spuszczajcie głów, współwinni.

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Quân Sử Việt Nam (TOP)